Ameryka Środkowa. Pomiędzy północą a południem, czyli Ameryka PiKa 9

 Zanim trafiliśmy do Panamy, naszego pierwszego przystanku w Ameryce Środkowej, musieliśmy wydostać się z Kolumbii, co nie było łatwe. Na lotnisko w Bogocie trafiliśmy, co stało się już pewną tradycją, w ostatniej chwili, 5 minut przed zamknięciem bramek. Nasze szczęśliwe miny zrzedły momentalnie, gdy sympatyczna pani z Viva Colombia oświadczyła, że nie ma szans, abyśmy polecieli, bo nie mamy biletu wyjazdowego z Panamy. Tłumaczenia, że z Panamy do Kostaryki będziemy podróżować autobusem, a bilet na autobus można kupić tylko na miejscu po okazaniu oryginału paszportu, nie robiły na pani wrażenia. Powtarzała tylko, że takie są przepisy i że panamscy celnicy i tak nas nie wpuszczą, a Viva Colombia zabierze nas pierwszym samolotem z powrotem. Chcąc nie chcąc przebukowaliśmy nasz lot na następny dzień i kupiliśmy w Vivacolombia (bo była najtańsza) zupełnie niepotrzebne bilety powrotne. Oczywiście panamski celnik nawet o nie nie zapytał.

Na zwiedzanie Panama City mieliśmy jedynie kilka godzin, ale dzięki naszemu serwasowemu znajomemu i jego samochodowi czas ten okazał się wystarczający. Zobaczyliśmy wszystkie najważniejsze miejsca: Kanał Panamski, Most Ameryk, nowoczesną i starą część miasta, a także ulicę z burdelami, przeznaczonymi dla Gringos  (Amerykanów) pracujących przy obsłudze kanału.
Kostaryka to z kolei kontakt z naturą, małpy, tukany i gigantyczne iguany w parku, wycieczka na aktywny wulkan, plantację kawy i wspaniałą plażę nad Pacyfikiem.
Z Kostaryki do Gwatemali jechaliśmy ponad 3 dni, przedzierając się przez Nikaraguę i Honduras. Dzięki niewielkiej pomyłce trafiliśmy w pobliże granicy pomiędzy Hondurasem i Salwadorem, w miejsce gdzie toczyła się Wojna futbolowa opisana w książce Ryszarda Kapuścińskiego.
Podobnie jak w przypadku Machu Picchu trudy podróży zostały nam szybko wynagrodzone przez to, co zobaczyliśmy w Gwatemali. Trafiliśmy do Tikal, starożytnego miasta Majów. Teren ruin ogromny, piramidy wspaniałe, a turystów niewielu. Na większość ruin można wchodzić, robić dobre zdjęcia i oglądać skacząc po drzewach małpy, które są praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Meksyk, a konkretnie półwysep Jukatan, a jeszcze konkretniej miasteczko Tulum, to nasz ostatni przystanek w Ameryce Środkowej. Czas tam spędzony poświęciliśmy głównie na odpoczynek,  plażowanie i nurkowanie w jaskiniach.
Krzysztof Balczerski